Gorzów 2050: Akademickość, ale jaka? – Część II

Rozmowa Piotra Gramzy ze Stowarzyszenia Lubuska Sieć Innowacji z drem hab. Piotrem Żurkiem – Dziekanem Zamiejscowego Wydziału Kultury Fizycznej w Gorzowie Wielkopolskim oraz drem hab. Mariuszem Naczkiem – Dyrektorem Instytutu Nauk o Zdrowiu Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Piotr Gramza: Jednak poziom skolaryzacji wyższej, o której mówił Piotr, nie wzrastał równomiernie na wszystkich typach studiów. Jak to jest, że ilość studentów na takich kierunkach jak językoznawstwo i politologia, czyli kierunkach do których wykładania wystarczy przysłowiowa tablica, kreda i nauczyciel teoretyk skoczyła po roku 90. kilkukrotnie, a na kierunkach medycznych i około-medycznych, gdzie wymagana jest wiedza praktyczna i odpowiednie wyposażenie, ilość studentów i absolwentów jest podobna jak w latach 70. i 80.?

 

Dr hab. Mariusz Naczk: Na opisane zjawisko składa się wiele zmiennych. Skoro w latach 90. otworzono dużą ilość nowych uczelni, to siłą rzeczy ci młodzi ludzie, którzy nie dostaliby się na studia, np. na kierunku językoznawstwo czy wychowanie fizyczne, teraz mogli się na nie dostać. Osobiście pamiętam swoje egzaminy wstępne na IWF w Gorzowie (ówcześnie Instytut Wychowania Fizycznego), kiedy o jeden indeks ubiegało się kilku maturzystów. Sam kierunek studiów powodował, że pojawiały się na egzaminach osoby naturalnie wyselekcjonowane. Pamiętam swoje przygotowania do egzaminów – m.in. jeździłem 3 razy w tygodniu do innego miasta celem doskonalenia pływania pod okiem instruktora. Pamiętam rzesze młodych ludzi rywalizujących ze sobą na egzaminach sprawnościowych i teoretycznych. Pamiętam wreszcie dreszcz niepokoju i ekscytacji, kiedy publikowano listę osób przyjętych na studia i radość związaną z tym, że moje nazwisko znalazło się na niej. Od samego początku studiowanie było czymś prestiżowym – tylko dla wybranych, najlepszych, a egzaminy były ważnym wydarzeniem w życiu młodego człowieka. Skoro dostali się jedynie wybrani to jakość, ale też prestiż absolwenta, były wyższe. Zaczynało 240 studentów, kończyło 150 z nich. Nie było łatwo, ale tym bardziej sukces ukończenia studiów cieszył. Niestety pojawienie się nowych uczelni kształcących na tym samym kierunku, powiązany z późniejszym niżem demograficznym spowodował, że na studia przychodzili studenci z przypadku – ilość miejsc na studiach przewyższała ilość chętnych, co w naturalny sposób przyczyniło się do patologicznego odwrócenia ról. To nie student walczył o indeks uczelni, lecz uczelnia walczyła o studenta. Konsekwencje są oczywiste.

Co ciekawe, tak jak wspomniałeś, niektóre uczelnie i kierunki studiów umiejętnie przeciwstawiły się nadmiernemu mnożeniu jednostek kształcących na tych samych kierunkach co one. Liczba uczelni kształcących na kierunkach medycznych i około-medycznych nie wzrosła dramatycznie. Odpowiednie lobby zadbało o uczelniane oraz swoje własne interesy. Z jednej strony powoduje to utrzymanie wysokich standardów kształcenia, począwszy od selekcji kandydatów, z drugiej niestety w sposób negatywny ogranicza dostęp do studiów i powoduje ciągłe braki niektórych profesji w społeczeństwie. Jednocześnie niska konkurencja na rynku w obrębie niszowych profesji generuje słaby dostęp i wysokie koszty korzystania z usług oferowanych przez przedstawicieli owych profesji. Myślę, że optimum poziomu skolaryzacji wyższej jest gdzieś pośrodku pomiędzy 8% z lat 80. a 35% obecnie.

 

Dr hab. Piotr Żurek: Wymagania wobec kandydatów na kierunkach medycznych i około-medycznych są zupełnie inne niż na kierunkach humanistycznych. Trzeba mieć bardzo dobre przygotowanie z przedmiotów ścisłych. To zupełnie inny profil kandydata. Studia medyczne trwają dłużej niż inne, do tego dochodzi specjalizacja. Wiele lat wysiłku, aby uzyskać kwalifikacje na wysokim poziomie. Trzeba pamiętać, że studia medyczne są bardzo drogie. Mam na myśli koszty wykształcenia lekarza, ale także koszty czesnego. Ci, którzy nie dostaną się na bezpłatne studia dzienne, mogą studiować niestacjonarnie. Opłaty za usługi edukacyjne na studiach niestacjonarnych, np. w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, to wydatek w wysokości 41 tys. zł, a na kierunku lekarsko-dentystycznym – 43 tys. zł za rok nauki. Więc nie każdy może sobie pozwolić na studia medyczne. Pod względem liczby lekarzy Polska zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej. Z raportu przygotowanego dla krajów europejskich przez OECD i Komisji Europejskiej wynika, że w najtrudniejszej sytuacji znalazła się podstawowa opieka zdrowotna. Odsetek lekarzy rodzinnych w Polsce jest dramatycznie niski i wynosi tylko 9% spośród wszystkich specjalistów. Mniej ma tylko Grecja – 5%. W sytuacji ogromnych braków personelu medycznego jakimś rozwiązaniem jest umożliwienie studiowania młodym ludziom z innych krajów, np. Europy Wschodniej.

Piotr Gramza: Z tego wszystkiego, o czym mówiliście, wynika, że polskie szkolnictwo wyższe opanowało zjawisko, które nazwę roboczo „akademickością klasy J”. Studiowanie dla studiowania i z drugiej strony kształcenie dla kształcenia. Niska jakość dydaktyki na wielu polskich uczelniach i większości kierunków, zwłaszcza humanistycznych. Mnogość kierunków studiów, które zupełnie są oderwane od doświadczeń naukowych w danej dziedzinie wiedzy oraz od potrzeb rynku. Dyplomy, które nie mają żadnej wartości dla przyszłych pracodawców. Na niektórych uczelniach, które za wszelką cenę chcą utrzymać studentów na „liście” i obchodzą się z nimi jak z jajkiem, wręcz 5-letnia DEMORALIZACJA MŁODZIEŻY. Dzięki temu mamy najlepiej wykształconych i sfrustrowanych magazynierów i kasjerów na świecie.

Obaj reprezentujecie wydziały, których absolwenci nie mają problemów ze znalezieniem pracy na polskim i zagranicznym rynku. Lekarze, fizjoterapeuci i dietetycy z polskimi dyplomami bez problemu znajdują pracę w dowolnym miejscu na świecie i są bardzo cenieni. Czy widzicie sens utrzymywania poziomu skolaryzacji wyższej na tak absurdalnym poziomie, kosztem jakości kształcenia? Czy widzicie szansę na ukształtowanie się „akademickości klasy A”, która rzetelnie KSZTAŁTUJE studentów oraz powrotu do JAKOŚCI zamiast ILOŚCI?

 

Dr hab. Piotr Żurek: Jestem całkowitym przeciwnikiem modelu opisanego powyżej i absolutnie nie uważam, że ten trend jest dobry dla szkolnictwa wyższego, a także dla ludzi, którzy uzyskują dyplomy, które często niewiele znaczą. W związku z czym uważam, że współczynnik skolaryzacji wyższej jest zbyt wysoki. Nie mam wątpliwości, że tak zwany „polski sukces edukacyjny”, to znaczy otwarcie rynku szkolnictwa wyższego spowodowało obniżenie poziomu nauczania w większości polskich uczelni, gdzie student przestał być traktowany jak student, ale jak klient. Uczelnie prywatne są z założenia nastawione na zysk finansowy, w związku z tym zależy im na jak najwyższej liczbie studentów. Trudno taką sytuację uznać za sukces. Niektóre uczelnie publiczne niestety podjęły walkę konkurencyjną w tej metodzie finansowania swojej działalności, co na dłuższą metę będzie zgubne.

 

Dr hab. Mariusz Naczk: Utrzymywanie wysokiego poziomu skolaryzacji wyższej jest bezzasadne. Powiem brutalnie: na kierunkach studiów, które dają studiującym dobrą przyszłość zawodową i bezpieczeństwo finansowe nigdy nie było problemów z naborem. Jeśli dana uczelnia – kierunek przez nią oferowany, jest naprawdę przyszłościowy, to studenci walczą o to, aby na nim studiować. Jednocześnie, co niestety ma swoje negatywne konsekwencje, dostęp do niektórych kierunków studiów jest celowo ograniczany. Co do zasady studentom powinno zależeć, żeby dostać się na uczelnię, która reprezentuje wysoki poziom, posiada bazę dydaktyczną, ale również kadrową. Niestety, w wielu przypadkach, zwłaszcza absolwenci szkół średnich z przeciętnymi wynikami z matury, wybierają spośród wielu uczelni niekoniecznie te, które maja najwyższe kwalifikacje. Rynek akademickości został całkowicie popsuty, poprzez otworzenie bardzo dużej ilości uczelni, które walczą o studenta. Ta konkurencja może się odbywać na bazie jakości albo łatwości studiów. Większość ludzi wybierze łatwość, ponieważ często jesteśmy leniwi. Wybór kierunku studiów, na którym nauka będzie łatwa i przyjemna bywa fatalny w skutkach.

Teoretycznie rzecz biorąc, sprowadzono akademickość do wolnego rynku. Akademickość nie przeszła jednak tego egzaminu w sposób odpowiedzialny, ponieważ pojawiła się opinia, również w środowisku akademickim, że student, ponieważ idą za nim pieniądze, staje się klientem uczelni. Większość uczelni stwierdziła, że o „klienta” należy walczyć i stopniowo liberalizowała zasady studiowania. Zapomniano o tym, że pieniądze, które idą za studentem pochodzą od społeczeństwa i z gospodarki, i że to tak naprawdę społeczeństwo i gospodarka są klientami uczelni wyższych.

W Ustawie 2.0 zaplanowano zmiany tego podejścia i powiązania przychodów uczelni z jakością kształcenia a nie ilością studentów.

W długim terminie może to zapewnić podniesienie jakości dydaktyki, oparcie jej na nauce, ale również znaczne odfiltrowanie kadry, i pozostawienie tej, która dysponuje najwyższą wiedzą systematycznie rozwijaną i potrafi się nią dzielić ze studentami. Pozwoliłoby to na ograniczenie zdolności dydaktycznych w zamian za znaczne podniesienie jakości kształcenia. Przy obecnych zmianach i połączeniu dwóch resortów w jeden organizm nie ma pewności, że będzie to kontynuowane i do podniesienia jakości szkolnictwa wyższego dojdzie.

Piotr Gramza: Bierzemy wspólnie udział w nieformalnych spotkaniach dotyczących strategii rozwoju Gorzowa do roku 2050. Czy i jaką akademickość Gorzowa widzicie za 30 lat? Jaki profil powinna mieć uczelnia, żeby kształciła na dobrym poziomie kadry, które znajdą w naszym mieście zatrudnienie?

 

Dr hab. Piotr Żurek: Ze względu na coraz częstsze zjawisko zarówno pracy i edukacji zdalnej, prowadzimy coraz bardziej siedzącego trybu życia i z minimalną ilością ruchu potrzebnego do zaspokojenia potrzeb życiowych, żyjemy znacznie poniżej „biologicznym minimum aktywności”. Z danych WHO wynika, że aby zachować nasz organizm w dobrym zdrowiu, utrzymać właściwą sylwetkę, czuć się dobrze psychicznie, powinniśmy dziennie wykonywać od 10 do 15 tysięcy kroków lub ekwiwalent tej aktywności. Właśnie to zostało nazwane biologicznym minimum aktywności fizycznej. Tymczasem dane w tym zakresie dotyczące Polski wskazują iż ok. 70% osób dorosłych w ogóle nie podejmuje aktywności fizycznej w czasie wolnym. To także kwestia nawyków, które rodzice powinni wpajać swoim dzieciom. Konsekwencją spędzania coraz dłuższego czasu przed komputerem i tabletem są różnego rodzaju choroby cywilizacyjne. Najbardziej typowym zjawiskiem u osób w różnym weku, w tym u młodych jest nadwaga, potem otyłość, nadciśnienie tętnicze i choroby serca. Jeżeli do tego dodamy demografię i starzejące się społeczeństwo, mamy smutny obraz zapotrzebowania rynku w najbliższych latach na poszczególne kwalifikacje zawodowe. Nie mam wątpliwości, że w przyszłości zawodami bardzo poszukiwanymi będą: trenerzy personalni, trenerzy senioralni, trenerzy zdrowotni, dietetycy, którzy będą próbowali poprawiać nasze złe nawyki i zachęcać nas do zdrowszego trybu życia. Jeżeli im się nie powiedzie, do akcji wkroczą fizjoterapeuci i rehabilitanci, przywracając sprawność osobom, które będą miały problemy zdrowotne wynikające ze złych przyzwyczajeń lub z powodu podeszłego wieku i naturalnego „zużywania się” naszego organizmu i poprawiając naszą jakość życia. Reprezentuję uczelnię, która od dziesięcioleci jest związana z Gorzowem i nie mam wątpliwości, że myśląc o akademickości naszego miasta, warto przypomnieć sobie cytat z Kornela Makuszyńskiego.

 

Dr hab. Mariusz Naczk: Jeżeli chcemy stworzyć AKADEMICKOŚĆ potrzebujemy pracowników naukowo-dydaktycznych. Potrzebujemy co najmniej kilka „lokomotyw”, które mogą „rozgrzać” naukę. Powinniśmy wyjść z potrzeb społeczeństwa za 30 lat. Niektóre potrzeby wynikające ze starzejącego się społeczeństwa, chorób cywilizacyjnych są niezmienne, niezależnie od tego w jaką stronę pójdziemy. Jeżeli 2/3 populacji ma nadwagę lub otyłość, które muszą generować obciążenia w układzie ruchu, to nie ma pytania czy, ale kiedy wizyta u fizjoterapeuty będzie konieczna. I jeżeli tego wcześnie nie stwierdzimy, to czeka nas większe zło – wizyta u ortopedy. Na demografię nałożą się problemy ze stawami osób w różnym wieku. W wyniku takich a nie innych zachowań będziemy mieli więcej problemów z układem ruchu bez względu na wiek (kręgosłup, stawy kolanowe i biodrowe). Studia fizjoterapeutyczne, sprofilowane pod względem geriatrycznym są przyszłościowe. Tych potrzeb jeszcze nie widzimy, ponieważ obecnie żyjących seniorów cechowała znacznie wyższa aktywność fizyczna wynikająca z ich pracy zawodowej, a także z mniej rozwiniętych „ułatwień technologicznych”. Samo dotarcie do i z pracy, przemieszczanie się w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, np. zakupy, wymuszało aktywność fizyczną. Pomimo zdecydowanie mniejszego wyboru produktów żywnościowych ich jakość była wyższa. Nie musieli konsultować się z dietetykiem, nie potrzebowali trenera personalnego. Warunki środowiskowe często same gwarantowały bardziej zrównoważony tryb życia. Biorąc udział w różnego rodzaju badaniach z osobami starszymi, jestem często pod wrażeniem ich sprawności fizycznej i psychicznej pomimo bardzo podeszłego wieku. Obawiam się jednak, że następne pokolenia będą potrzebowały większego wsparcia w zakresie treningu, diety i rehabilitacji niż ich rodzice i dziadkowie.

Kierunków kształcenia nie może być za dużo, chociażby z uwagi na minimum zaplecza naukowego, wymaganego dla każdego z nich, tak żeby edukacja miała odpowiednią jakość. 

Dlatego nie trzeba długo szukać „akademickości” dla Gorzowa. Wystarczy oprzeć się na tym, co w Gorzowie już jest i jedynie odpowiednio „zaopiekować się” uczelnią, która funkcjonuje tutaj od bisko 50 lat.

Rozmowa jest elementem prac nieformalnej grupy Gorzów2050, dotyczących opracowania założeń do strategii rozwoju Gorzowa Wielkopolskiego do roku 2050. Zachęcamy Państwa do udziału w tych rozważaniach i dzielenia się własnymi opiniami na temat kierunków rozwoju naszego miasta. Materiały dotyczące prac nad Strategią Gorzów2050 publikujemy na stronie gorzow2050.pl oraz na profilach FB.

© 2020 Gorzów2050. Wszelkie prawa zastrzeżone.